Jak pracować efektywnie z innymi członkami zespołu - narzędzia Google

Na sam początek chcę Cię ostrzec, że niniejszy wpis nie jest skierowany do wszystkich. Jeśli znasz i korzystasz z dokumentów lub arkuszy Google, spokojnie możesz sobie darować czytanie go. Nie jest dla Ciebie.

Motywacją dla tego posta jest to, że wciąż spotykam ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy z użyteczności tych rozwiązań. Więc jeśli nie znasz tych narzędzi, a poszukujesz efektywnego sposobu współpracy z innymi bądź sposobu synchronizacji swoich dokumentów z komputerem i telefonem to dobrze trafiłeś.


Poza instrukcjami jak z nich korzystać podzielę się z Tobą, tym w jaki sposób sam je wykorzystuję, a narzędzia, o których będzie dziś mowa możesz znaleźć tutaj:


Co z czym jeść? - arsenał do dyspozycji


Jeśli dane Ci było korzystać z jakiegokolwiek pakietu biurowego to w wyjaśnieniu czym są poszczególne produkty pomóc Ci może poniższe zestawienie. Jeśli nie, to nie przejmuj się, za chwilę w skrócie wytłumaczę.


Google
Microsoft Office
LibreOffice/OpenOffice
Edytor tekstowy
Dokumenty
Word
Writer
Arkusz Kalkulacyjny
Arkusze
Excel
Calc
Edytor prezentacji
Prezentacje
PowerPoint
Impress


Poza narzędziami w tabeli możesz zauważyć na zrzucie ekranu również opcję Formularze. To narzędzie nie ma żadnego odpowiednika w wymienionych pakietach biurowych. Wychodzi ono stanowczo poza zakres tego wpisu, więc jedynie nadmienię, że służy ono do zbierania informacji od innych użytkowników. Jeśli chcesz przeprowadzić test, zebrać informacje zwrotne w postaci ankiety, lub stworzyć jakikolwiek inny formularz dostępny online, to narzędzie to będzie dla Ciebie jak znalazł. Świetną funkcjonalnością jest też eksport danych z Formularzy do Arkusza, dzięki czemu możemy je w prosty sposób przetwarzać i wizualizować. Narzędziu temu wypadałoby poświęcić osobny wpis, więc jeśli jesteście zainteresowani, dajcie znać.

“Ale po co mi te gugle w ogóle?” - praca zespołowa


Śpieszę z odpowiedzią i zaznaczam, że skupię się na przedstawieniu funkcji wspomagających współpracę, a te są zbliżone we wszystkich produktach dostarczanych przez Goolge. Jeśli nie znasz żadnego programu z powyższej tabeli, muszę cię niestety odesłać do innych źródeł. W większości jednak edytory są na tyle intuicyjne, że ich nauka nie powinna przysporzyć Ci większych trudności.

Przyjrzyjmy się więc podstawowemu edytorowi tekstowemu od Google. Z jego pomocą możesz napisać co Ci ślina na język klawiaturę przyniesie: książkę, list, recenzję czy wpis na bloga.

“Ale zaraz, zaraz” - możesz się zastanawiać - “przecież pisząc na bloga i tak musisz tekst przenieść na blogowy edytor. Po co dokładać sobie pracy?”

Trafne spostrzeżenie. Tutaj wchodzi do gry - według mnie - największa zaleta tych narzędzi - działania zespołowe.


Widok


Zacznijmy od podstaw. Pozwolę sobie przywołać przykład w postaci screena:



Jak widać na wyżej załączonym screenie ekran możemy podzielić na trzy główne części:
    1. Pasek narzędzi tekstowych - podobny do tych spotykanych w innych edytorach tekstowych - zainteresowanych zachęcam do samodzielnego testowania tych funkcji.
    2. Pole tekstowe - miejsce do edycji tekstu, dodawania sugestii i komentarzy.
    3. Pasek “współpracy”:
        a. Udostępnij - ustawienia udostępniania - okienko pozwalające dodawać współpracowników oraz nadawać im odpowiednie uprawnienia.
        b. Edytowanie/Sugerowanie/Wyświetlanie - wybór trybu przeglądania dokumentu - w zależności od posiadanych uprawnień.
        c. Komentarze - lista wszystkich zdarzeń dotyczących komentarzy i sugestii. Tam można sprawdzić, m. in. jakie sugestie zostały zaakceptowane.
        d. Okno komentarzy - lista komentarzy, które nie zostały jeszcze rozwiązane.

Udostępnianie i uprawnienia użytkowników


Użytkownicy zaproszeni do współdzielenia dokumentu mogą posiadać następujące uprawnienia:
    1. Może wyświetlać - osoba z tymi uprawnieniami może jedynie czytać tekst. Brak możliwości edycji. Może się przydać kiedy udostępniamy dokument do druku. Zyskujemy wtedy pewność, że nic nie zostało zmienione.
    2. Może komentować - poza powyższym może również tworzyć komentarze i sugestie.
    3. Może edytować - to co powyższe, a poza tym dowolnie zmieniać treść dokumentu.
    4. Jest właścicielem - osoba z tymi uprawnieniami może zrobić z dokumentem dosłownie wszystko: może go usunąć, dodawać współpracowników, nadawać/odbierać im prawa i pewnie wiele innych, o których to sam nie mam pojęcia. No i oczywiście - posiada również wszystkie powyższe uprawnienia.


Komentowanie i sugerowanie


Posiadając co najmniej uprawnienia Komentatora możemy tekst komentować oraz sugerować jego edycję. Aby skomentować dany fragment wystarczy zakreślić go lewym przyciskiem myszy i kliknąć na pojawiający się dymek z plusem.


Aby zasugerować zmiany należy najpierw przełączyć się w tryb sugestii (spójrz na 2b), a potem “normalnie” używać edytora. Usuwając tekst, tak naprawdę tak naprawdę będziesz jedynie “sugerować” usunięcie tego tekstu. To samo jeśli chodzi o pisanie nowego. Aby sugestia stała się pełnoprawną częścią dokumentu, użytkownik będący co najmniej edytorem musi taką zmianę zatwierdzić. Może również bez ją odrzucić.

Wszystkie sugestie są oznaczane - usunięte części kolorowym przekreśleniem, a dodane zdania kolorową czcionką. Na przykładzie w pierwszym zrzucie ekranu (dział Widok) jest to zielony.


Zastosowanie


Jak już wspomniałem, z Dokumentów korzystam m.in. do pisania wpisów na bloga. Zanim pojawią się one w ogólnodostępnej przestrzeni zbieram uwagi na temat wpisu. Część wprowadzam w życie, a te z którymi się nie zgadzam odrzucam.

Z Arkuszy korzystam w celu rozliczeń, prowadzenia budżetu oraz podczas planowania zakupu mieszkania. Jeśli chodzi o rozliczenia to przykładem będzie rozliczanie wydatków mieszkaniowych z współlokatorem. Rachunki, zakupy itp. przechowujemy w arkuszu, dzielimy koszty na dwa i rozliczamy się bazując na dokumencie. Budżet to po prostu spisywanie wydatków, a plan zakupu mieszkania to nieco bardziej skomplikowany arkusz, obliczający ile miesięcy - przy założonych zarobkach, zachowanej poduszcze finansowej i różnych innych warunkach - potrzebuję, aby kupić mieszkanie.

Prezentacje przydadzą się natomiast prelegentom przygotowującym się do konferencji i czy wykładów. Do tej pory nie korzystałem z niego zbyt często, ale mam nadzieję niedługo to zmienić.


Wszystko ma swoją cenę

Niestety, jak to już w przyrodzie bywa, nie ma róży bez kolców. A pakiet narzędzi biurowych od Google na pewno nie wymyka się tej regule.

To co jest dla mnie największą wadą tych aplikacji, to wszelkie niebezpieczeństwa związane z chmurą (i nie chodzi tu o ten obłoczek z którego pada, ani niebezpieczeństwem nie jest kwaśny deszcz). Chmura, czyli prostymi słowy, przechowywanie danych w internecie.

Po pierwsze - co jeśli zabraknie nam internetu? Co prawda w dzisiejszej dobie trudno znaleźć miejsce, w którym znajdziemy się poza zasięgiem sieci komórkowej, ale jednak takie miejsca istnieją. Stały dostęp do internetu to w części przypadków również dodatkowy koszt.

Po drugie - jeśli nasz sprzęt wpadnie w niepowołane ręce to złoczyńca/huncwot/łachudra może również skasować naszą pracę. Ok, w przypadku klasycznego pakietu biurowego też może tak zrobić, ale teraz nie musi nam zabrać sprzętu na którym się znajduje nasza praca. Wystarczy dowolne urządzenie podpięte do chmury.

Po trzecie - publiczność danych. Jak głosi cytat z internetu (czyli musi to być prawda) “Nie istnieje nic takiego jak chmura, to po prostu czyjś komputer”. Można by więc powiedzieć, że pakiet od Google nie jest do końca darmowy, płacimy za niego swoją prywatnością. Ocenę tego czy warto pozostawiam czytelnikowi.

Najważniejsze po prostu zdawać sobie z tego sprawę.



Przy okazji tego wpisu chciałbym też serdecznie podziękować Natalii, która pomagała mi na początku działalności Prokrastynata oraz Kamili, która wytrzymuje czytanie moich wypocin i tysiące odrzuconych sugestii aż po dziś dzień. Wszystko przy pomocy Google Dokumentów rzecz jasna.

Czujesz niedosyt? Masz uwagi? O czymś zapomniałem?

Daj znać w komentarzu. Chętnie wysłucham konstruktywnej krytyki, a jeśli pominąłem coś istotnego, dasz mi szansę żebym poprawił wpis. Wtedy, dzięki Tobie, kolejna osoba zastanie go jeszcze wartościowszym.

Dzięki wielkie! Do usłyszenia.

Jak zostać ninja wg Michała Szafrańskiego - recenzja książki 'Finansowy ninja'


Cześć, nie wiem czy wiesz, ale przeniosłem tego bloga na nowy adres i odświeżoną wersję tego postu możesz znaleźć tutaj.

-----------------------------------------------------------

Jak nie prowadzić bloga - studium przypadku... Tego bloga


Jest wiele rzeczy, którymi się param.
Wiele “profesji”, których się imam.
I jest wielu ludzi którymi nie jestem.
I z tych wszystkich ludzi, którymi nie jestem, a robię to co oni robią, to chyba najbardziej nie jestem blogopisarzem.


Ale zanim przejdziemy do sedna to zapraszam na nikomu niepotrzebny wstęp:


Tydzień temu miałem przyjemność prowadzić warsztaty muzyczne Puls Rytmu na Slot Art Festival 2017. Było super. Mega emocje i masa pozytywnej energii (dawałem czadu i mimo, że psychiczne baterie naładowałem, to okupiłem to zmęczeniem fizycznym). Ale SLOTowi chciałbym poświęcić osobny wpis.


Po co więc ten wstęp z festiwalem? Bo myśląc o nim właśnie zdałem sobie sprawę, że jestem beznadziejnym przypadkiem człowieka renesansu.
A wpadłem na to leżąc na hamaku.
Na bardzo wygodnym hamaku.
I wstałem żeby napisać o tym post. Doceń to.


Krótka lista rzeczy, z których powinienem pewnie wybrać maksymalnie trzy:


  • jestem chórzystą - będąc jednocześnie członkiem zarządu chóru i specjalistą ds. literackich tamże
  • aktualnie pracuję obecnie również nad  filmem promocyjnym (też dla chóru)
  • tworzę Puls Rytmu
  • próbuję rozpocząć kolejną inicjatywę muzyczną
  • gram na gitarze w zespole (a raczej grałem, bo aktualnie znajduje się on w stanie zawieszenia)
  • piszę tego bloga


No i ten ostatni punkt... Mam tego bloga, a na nim 12 nieopublikowanych wpisów.
Dlaczego?
No właśnie dlatego, że. imam się tych wszystkich zajęć i chcę pochłonąć jak najwięcej umiejętności, w jak najkrótszym czasie. Wyjątkowo parszywa cecha w XXI wieku.


Wracającdo tematu. Jak nie prowadzić bloga. Odpowiedź jest prosta. Tak jak ja:


  1. Nie pisz regularnie - ja nie potrafię. Piszę tylko wtedy kiedy przyjdzie mi coś do głowy. Kiedy coś mnie uderzy, zdenerwuje lub zachwyci.
  2. Nie kończ rozpoczętych postów - tak jak wspominałem mam 12 nieopublikowanych wpisów. Jest to poniekąd związane z poprzednim punktem. Bo piszę tylko wtedy, gdy coś się stanie. Bezpośrednio po fakcie (tak jak teraz). Później nie chce mi się wracać do rozgrzebanych tematów (no chyba, że uderzy mnie to samo po raz drugi).
  3. Zajmuj się wszystkim - ta lista wyżej nie była po to, żeby się dowartościować "O jak dużo rzeczy robię", tylko żeby przestrzec przed wielozadaniowością. Opcje są dwie, albo będziesz zaniedbywać niektóre z nich, albo będziesz nieustannie zmęczony. Ja wybrałem obie opcje.
  4. Pisz o rzeczach, które często wykraczają poza tematykę bloga - tutaj może się wydawać, że raczej nie mam tego problemu. Ale niech no tylko skończę posty z drugiego punktu...
  5. Miej mózg wizjonera - patrzę na coś i widzę pomysł. Jestem osobą bardzo kreatywną, a często niestety jest tak, że osoby kreatywne są mniej zorganizowane i mniej angażują się w proces wytwarzania niż w proces wymyślania. Idealnym rozwiązaniem dla mnie byłoby więc dyktować ten tekst komuś innemu.
  6. Skacz między tematami - cały ten wpis jest dobrym przykładem
  7. Pisz posta długo - zastanawiaj się, analizuj. Potem odłóż go na później i nie wracaj do niego nigdy więcej (z tego punktu staram się zrezygnować w tym poście, może uda mi się coś poprawić).
  8. Pisz od czasu do czasu o rzeczach, o których nie masz pojęcia...
  9. ... albo o takich, o których pisać nie masz ochoty.


Może przyjdzie mi coś jeszcze do głowy. Wtedy nie omieszkam tego dodać.
Tymczasem trzymajcie się ciepło (bo lato nie rozpieszcza).


I jak to zwykła się żegnać Ukrainka w Żabce pod moim blokiem: "Mylego"


PS. Wymyśliłem, że dobrym pomysłem jest korzystanie z opcji planowanego wysyłania posta. Jak będę miał godzinę, o której ten post zostanie zamieszczony to wtedy muszę się zmieścić w tym czasie.
Cwane, czyż nie?


PPS. Mój odwieczny dobry duch Kamila, sprawdzając posta zasugerowała żeby dać jakąś konkluzję, morał, skruchę, bo artykuł nie ma wartości. Tak więc…


10 . Pisz wpisy bez podsumowania i puenty.

Dobrej nocy

Stopem na fiordy, cz.4 - TROLLTUNGA!

Dzień piąty - 1 października
"Jedziemy"
Jeszcze trzy minutki
Wstaliśmy wcześnie rano. O szóstej czekał nas autobus, który miał nas zawieść do podnóża góry. Szybkie pakowanie, trochę stresu, trochę niepotrzebnego biegania i udało się zdążyć.
Całe szczęście, że w schronisku pozwolili nam zostawić bagaż. Bo chyba nasza podróż tam i z powrotem zajęłaby dwa razy więcej czasu.


Po jakichś dwudziestu minutach dojechaliśmy na miejsce.


"Widoki, widoki, widoki"
Tutaj nie będę się zbytnio rozpisywał jak przebiegała podróż. Każdy kto był w górach wie o co chodzi. Nie była to trudna trasa, nam wchodzenie zajęło krócej niż schodzenie. I tyle opisu wystarczy. Więc powiedzą zdjęcia.

Tutaj pragnę nadmienić, że wszystkie zdjęcia pochodzą z kolekcji mojej bądź "A". I wszelkie prawa autorskie zastrzeżone. Więc jeśli ogląda to ktoś z producentów pocztówek, to chętnie usłyszymy oferty :P
A teraz rzeczone zdjęcia:









Ten ziutek tutaj to "A"



A ten ziutek tutaj to ja




Stopem na fiordy, cz. 3 - fiordy

Dzień czwarty - 30 września
"Potop norweski"
Na przekór złym wróżbom "A", o szóstej nie przyszli żadni ludzie. Z żadnymi psami. Spełniła się jednak klątwa Bergen "Trzy dni w roku do miasta Bergen słońce wpada. Trzy dni. Nie więcej. W całą resztę pada" - tak więc zwijaliśmy obóz w pełnym deszczu.

W tymże samym deszczu błądzić poczęliśmy po mieście. Zajęło nam to trochę czasu. Deszcz nie pomagał. Z taką samą intensywnością nie pomagała mapa. Co prawda doprowadziła nas do skrzyżowania z drogą, na której mieliśmy łapać stopa, ale trochę nam to zajęło. Dowodem na uporczywość trasy niechaj będzie to, że przechodzić musieliśmy przez teren przedszkola oraz to, że kiedy doszliśmy do celu, okazało się, że nie ma tam żadnej zatoczki z której moglibyśmy skorzystać.


Stanęliśmy przed wyborem - wrócić skąd przyszliśmy i szukać miejsca do łapania stopa, którego wcześniej znaleźć nie mogliśmy, albo brnąć naprzód po opuszczonych torach kolejowych. Mapa mówiła, że po przejściu dwóch kilometrów torami czekać na nas ma stacja benzynowa, z której można wszak łapać stopa.


Przeszliśmy więcej. Stacji nie było. Szliśmy dalej, aż napotkaliśmy połączenie torów z drogą - pewnie była stacja przeładunkowa. Byliśmy znużeni już tą trasą (i przemoknięci). Ruszyliśmy na drogę i z odrobiną szczęścia udało nam się znaleźć przystanek autobusowy. Daliśmy sobie chwilę postoju na wyschnięcie.

A potem zaczął się koszmar...Deszcz nie przestawał padać, a my chcieliśmy jechać dalej. Tak więc staliśmy w deszczu i próbowaliśmy łapać stopa do Voss. I staliśmy... Trwało to około półtorej godziny. W tym czasie zatrzymywały się trzy auta:1. Jak się okazało, żeby uciąć pogawędkę telefoniczną. 2. Kobieta z dzieckiem i tylko jednym wolnym miejscem. 3. Robotnicy bez wolnych miejsc, ale chętni wziąć nas "na pakę".

Aż w końcu zatrzymał się słusznej postury jegomość z wąsem Salvadora Dali. Raczej zamożny, co z poczynionych przeze mnie obserwacji nie wpisuje się w schemat osoby podwożącej na stopa.

Okazało się jednak, że za czasów swojej młodości korzystał z tego środka transportu.
Po tym jak zdradziliśmy mu cel naszej podróży "Trolltongua" zaczął nas wypytywać o nasze buty i ubranie. Po przejściu tego "testu" wysadził nas i prosił o to, żeby mógł o nas przeczytać w gazetach za parę dni.
Pożegnaliśmy się z nim i zaczęliśmy łapać stopa na niewiele oddalonym przystanku. Deszcz ciągle padał. Nadal było zimno. Nadal nikt się nie zatrzymywał. Nadal byliśmy w Bergen.

Minęło chyba kolejne półtorej godziny. Nie liczyliśmy czasu. Ja liczyłem "Zdechniemy tu" wypowiadane przez "A". Doliczyłem się pięciu. Aż nagle...

Zjawił się ON.

Akurat wybudziłem się z drzemki (była kolej łapania stopa przez "A") i przez ledwo otwarte oczy zobaczyłem jak rozmawia z taksówkarzem. Chwilę potem macha do mnie. Jak chyba każdy na moim miejscu pomyślałem krótkim "łotdefak". Podbiegłem i okazało się coś czego nie spotyka się zbyt często...


"Cud w Bergen"

... okazało się, że pasażer chce podwieźć nas do Voss. Zmarznięci, zmęczeni i przemoczeni wsiedliśmy do taksówki. Okazało się, że pasażerowi wcale nie było po trasie - postanowił zrealizować dobry uczynek.

Jadąc, jak to podczas jazdy autostopem, nawiązała się zwyczajowa pogawędka: "skąd jesteście?", "przyjechaliście do pracy?" (często padające po odpowiedzi na pierwsze), "jak długo planujecie zostać?" i "dokąd się wybieracie?".

Po odpowiedzi na ostatnie stało się to co spotyka się... Nie. Nie spotyka się tego.
Pasażer zaproponował nam, że zawiozą nas do Oddy, czyli miejscowości oddalonej o 10km od celu naszej podróży.


Udało się nam nawet przepłynąć norweskim promem
150km od Bergen.
Taksówką.
W Norwegii.
Specjalnie dla nas.

Przyznam, było mi dość głupio przyjąć tę propozycję. Kierowca mówił, że będzie go to kosztować 10tys. koron norweskich (ok. 5tys. zł). On jednak twardo obstawał przy swoim, mówiąc, że "Jak się powie A, to trzeba powiedzieć B". Po początkowych wyrzutach sumienia, zgodziliśmy się.
Aha... Czy wspominałem, że był pijany? Okazało się, że kilka razy w roku (a może raz w roku) ma taki czas, kiedy jego żona wyjeżdża, a on sam zostaje w Bergen. Wynajmuje wtedy znajomego taksówkarza i rusza w trasę dookoła Bergen z siatką pełną alkoholu. Taka tradycja, można by rzec. Kota nie ma, myszy harcują - nasz wybawca folgował sobie troszeczkę.


A tutaj podobno widać piekno fiordu (kiedy jest pogoda)
Niczym królowie, jechaliśmy tak jakieś trzy godziny. Warto też nadmienić, że trasa którą jechaliśmy nie była najkrótsza, ale podobno była najbardziej widowiskowa. "Podobno", bo tego dnia, jak już chyba wspominałem, pogoda nie rozpieszczała - nie widać było pojedynczego fiordu...

To jednak nie był jeszcze koniec naszej oferty all inclusive, bowiem "wybawca" zaproponował nam sponsorowanie noclegu. Tak. To zdarzyło się naprawdę. Nie zmyślam.

Tutaj już nie wytrzymałem, musiałem mu powiedzieć, że to wykracza poza moje pojmowanie wszechświata... On nalegał. Ulegliśmy. Potem ulegliśmy jeszcze raz kiedy wręczał nam 500 koron "żebyśmy zjedli porządny obiad".


I nie. Nie ulegliśmy nigdzie więcej niż wymieniłem.
Dojechaliśmy do Oddy. Dostaliśmy nocleg. Podziękowaliśmy i... I na tym skończyła się nasza znajomość z "wybawcą". Trochę żałowałem, że nie poszliśmy gdzieś razem na piwo. Ale on musiał wracać, bo powoli zmierzchało, a nas czekał upragniony prysznic.

Podczas płacenia za hostel (400 koron za miejsce w schronisku) okazało się, że pieczę nad przybytkiem sprawują Polacy. Udało się nam dzięki temu wynegocjować pranie, "A" zaproponował im napitek, a ja zostałem poczęstowany świetnym ciastkiem.

Po sutym obiedzie (chyba z 3 zupki chińskie + gulasz angielski z makaronem) i wypiciu zdrowia za sponsora naszego noclegu położyliśmy się spać...
Następnego dnia w końcu czekał na nas cel naszej wyprawy...
Trolltunga

Stopem na fiordy, cz.2 - Go west

Dzień Drugi - 28 września
"Zimne poranki"
Wstaliśmy później niż planowaliśmy. Całodzienna podróż dała się we znaki, a temperatura nie zachęcała do wstawiania.
Poprzedniego dnia usłyszeliśmy od Martina, że gdzieś niedaleko znajduje się jezioro. Jak się okazało była to kolejna ściema serwowana przez owego osobnika.
Nie dałem jednak za wygraną i niczym Indiana Jones za Arką przymierza, wyruszyłem w poszukiwaniu wody. TIP#1:Pierwsza zasada obozu - rozbijaj obóz tak żeby mieć łatwy dostęp do wody pitnej, a jeśli się nie da to go w taką wodę zaopatrz. Po jakichś 15 minutach udało mi się znaleźć strumyczek. W sam raz żeby się umyć i zrobić pranie. Całe szczęście mieliśmy jeszcze trochę wody z dnia poprzedniego, bo tej wolałbym nie pić. 
Umycie się zimną wodą w zimną pogodę nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, ale całe szczęście jest na to sposób (nie jest to komfortowe jak prysznic, ale pozwala mimo chłodu zachować higienę). Wystarczy wykorzystać skomplikowany mechanizm gąbki na dowolnej części garderoby. Serio. Może mycie się skarpetką nie brzmi zachęcająco, ale spróbujcie tego i porównajcie z oblaniem się zimną wodą. Gąbka zdecydowanie mniej wyziębia organizm. Co więcej, sposób ten może się przydać również w przypadku kiedy nie możecie sobie pozwolić na utratę wody - podczas takiej "kąpieli" zużywa się jej o wiele mniej.

Pranie zdecydowanie miało w nosie dalsze plany, bo nie chciało wysychać. Przy takiej wilgotności powietrza nie było na to szans. Spakowałem mokre rzeczy do plecaka. "A" też zdążył się już spakować więc ruszyliśmy łapać stopa.


I tutaj niestety będę musiał kawałek opuścić, bo zupełnie nie pamiętam skąd jechaliśmy (to było już prawie dwa tygodnie temu), a google maps nie pomogło. Nie pamiętam też z jaką karteczką staliśmy na drodze... Pamiętam, że było to jakieś 40 km na północny wschód od Oslo. Nazwijmy to miejsce enigmatycznie Dziurą. Tak więc łapaliśmy stopa z Dziury i wylądowaliśmy spowrotem w norweskiej stolicy.


"Ucieczka z Oslo"
Festiwal szybkich odcinków. I to nie ze względu na prędkość... Na trasie kilkudziesieciu kilometrów zmienialiśmy auta z dziesięć razy. Hitem była para, która zdążyła się przedstawić, opowiedzieć o swojej pracy i zapytać nas o imiona, a z którą przejechaliśmy może 2-3 km. Po czym wylądowaliśmy na stacji benzynowej.
"Nie ma szans stąd złapać stopa" twierdził "A" - "Musimy się zawrócić na przystanek". Tak jak ja, nigdy nie pytał ludzi o to czy nas podwiozą. Kciuk bądź kartka wystarczały. Nic to. Sytuacja wymaga poświęceń. "A" stanął na wyjeździe ze stacji z napisem "Hønefoss", a ja niechętnie zacząłem podchodzić do ludzi z uśmiechem na ustach i pytaniem czy nie podwieźliby nas do tego miasta. Sktuteczność 50%. Udało się przy drugim aucie.
I tu warto nadmienić, że jedynymi osobami w Norwegii, które nie potrafią angielskiego to imigranci. Czy to pracownik fizyczny, czy pani na kasie, każde posługiwało się tym obcym w stopniu całkowicie komunikatywnym, a z tego większość biegle.
Po kilku godzinach i paru straconych nadziejach udało nam się wydostać z Oslo.

"Podróż donikąd"

Tutaj zaczęło być lepiej. Nasz ostatni przystanek tego dnia było oddalony o jakieś 120 km od stolicy. Dojechaliśmy dwoma autami. Pierwszym autem był jakiś ledwo żyjący samochód z dwójką Litwinów. Nie przepadali chyba za temperaturami w Norwegii bo ogrzewanie mieli chyba ustawione na maksimum. Zmogło mnie po chwili. Było tak duszno, że oczy zamykały się same. I jakkolwiek malowniczego krajobrazu nie mijaliśmy to opowiedzieć zbyt wiele o nim nie mogę. Czynię kiepskie obserwacje kiedy mam zamknięte oczy. Wysiedliśmy tuż przed Hønefoss.
Drugie auto którym jechaliśmy zatrzymało się samo. "A" był akurat za potrzebą i auto stanęło po prostu. Okazało się, że Norweg chciał sobie zrobić postój. Dowiedzieliśmy się od niego, że z rozdroża na którym staliśmy lepiej wybrać drugą trasę niż chcieliśmy, ale jeśli chcemy wybrać tę gorszą to zaprasza, bo jedzie w tym kierunku. Wybraliśmy "gorszą".
I to był dobry wybór. Okazało się, że kierowca jest przewodnikiem w tamtejszych rejonach i ma obóz w okolicy, w którym jesteśmy mile widziani. Do tej pory nie wiem jak to się stało, że odmówiliśmy. W zamian za to zabrał nas do pobliskiego miejsca pochówku pogan. I tu chłonąłem jak gąbka wodę. Ci co mnie znają, wiedzą, że jestem fanem tego jakże pomijanego w szkołach wycinku historii.
Po krótkiej opowiastce, polowaniu na kurki i najedzeniu się borówek, pojechaliśmy dalej, oddalając się od wcześniej proponowanego nam obozowiska. Kierowca powiedział, że bardzo chętnie nas podwiezie dalej, a powrót mu zajmie 10 minut. Jak powiedział tak zrobił. Wysadził nas paręnaście kilometrów dalej, gdzie po raz pierwszy spotkaliśmy skandynawską ostoję kierowców - parkingo-toaleto-miejsce piknikowe. Później na naszej drodze mijaliśmy niezliczone ilości takich "postojów". Bardzo fajny wynalazek, jedyne czego brakowało w nim do szczęścia to prysznica. Tam spędziliśmy naszą drugą noc w Norwegii.
TIP#1: hitchhiking, a hijacking - trzeba być ostrożnym przy wymowie, bo kierowcy dziwnie mogą zareagować (nasi tylko się ze mnie nabijali)

Dzień Trzeci - 29 września

"Długo, długo nic"
Pobudka w deszczu. Nic przyjemnego. Po dość długim wstawaniu, poranna toaleta i suszenie namiotów. I śniadanie, którego mimo słabej pamięci, nie zapomnę. TIP#2 Jak jedzenie ma w nazwie "turystyczna" - nie kupować. Nigdy chyba nie jadłem nic paskudniejszego. Konserwa Turystyczna z Biedronki. Silne 3 na 10. Nie polecam. Jedyny pozytyw tamtego śniadania, to że była to pierwsza nieznana mi wcześniej konserwa. Po Turystycznej wszystko smakowało jak rarytas.
Po długim śniadaniu i suszeniu ruszyliśmy na pobliski przystanek. Łapać stopa oczywiście. Oczywiście w deszczu. Wspominałem, że w Norwegii ciągle pada?
Długie nic... Te nic najlepiej odzwierciedlają chyba słowa "A": "Nie martwi mnie, że nie zatrzymują się samochody. Martwi mnie, że nie jeżdżą". Tkwiliśmy w takiej nicości przez ładne kilkadziesiąt minut.
Kiedy stanie w deszczu zaczęło nam się powoli nudzić, zaśpiewaliśmy wszystkie piosenki z bajek Disney'a (no dobra... tylko ja śpiewałem), skończyły nam się palce na których liczyliśmy przejeżdżające samochody (liczyliśmy tylko na jednej dłoni) to wtedy, w końcu zatrzymała się nasza wybawicielka.
Naszą wybawicielką okazała się być samotnie podróżującą nauczycielkę, która zawiozła nas do Fagernes. Z tej podróży jedyne co zapadło mi w pamięć to to, że owa starsza pani była nauczycielką i podwożąc nas spłacała, zaciągnięty za czasów hipisowskich, dług autostopowicza. No i że narodowe stroje norweskie noszą nazwę... Bunad*

"Norwegia w pigułce"

W Fagernes dopadło nas słońce. Można było w końcu wysuszyć rzeczy które ucierpiały podczas deszczu i nacieszyć się norweskim widokiem nieprzesłanianym przez chmury. Zgodnie z prawami Murphiego problemu ze złapaniem stopa - wtedy kiedy mogliśmy się cieszyć widokiem - nie było. Rzeczy mokre wróciły do plecaka.
Tu zatrzymał się najdłuższy, jak do tej pory, autostop - Fagernes-Bergen 330km.
Trasa długa, niespokojny pies obok, ale jechało się dość przyjemnie. Podczas tej trasy dowiedzieliśmy się, że Ci na wschodzie Norwegii to mięczaki, nie potrafiące zbyt wiele, a ich góry to pagórki zaledwie. Ogólnie rzecz biorąc dało się wyczuć, że zachodnia Norwegia gardzi nieco swoją wschodnią częścią.
W pewnym momencie wynikło z rozmowy, że dawno nie używał angielskiego. Na stwierdzenie, że jest posługuje się angielskim najlepiej z dotychczas napotkanych Norwegów rzucił coś w stylu: "Mówiłem już jak mało szacunku mam do wschodniej Norwegii?"
Zdecydowanie czuć było urazę.
Co do samej trasy. Dowiedzieliśmy się, że w Norwegii istnieje trasa zwaną "Norway in a nutshell" co z goła oznacza "Norwegię w pigułce". Dowiedzieliśmy się też tego, że gdyby był nami to wysiadłby i jechał inną trasą. Nie posłuchaliśmy - mieliśmy stopa do Bergen, więc grzechem byłoby z niego zrezygnować.
"Norway in nutshell" to trasa, jadąc którą można obejrzeć całą Norwegię - na szlaku są: niziny, wyżyny, fiordy, góry, lasy, doliny. Trzeba trochę zboczyć z głównej trasy, ale podobno warto. Warto zapamiętać na następne razy.
Jako, że podróżowaliśmy autostopem, średnio mogliśmy rozporządzać przystankami i trasą, ale i tak trafiło nam się bardzo fajnie. Po drodze mijaliśmy bowiem bardzo przyjemne dla oka widoki.
W towarzystwie pejzaży dotarliśmy do Bergen.

"Przystanek Bergen"
Bergen to miasto przedstawiające istotę zachodniego wybrzeża - z opowiadań słyszeliśmy, że w tym mieście słońce zatrzymuje się na średnio 3 dni w roku. Tym bardziej zadowolił nas fakt, że po dotarciu do niego nie padało.
"Pamiętajcie, że to jest miasto, a rozbijać się wolno tylko w dziczy. Znajdziecie na pewno jakiś hostel na który was stać"** pożegnał nas nasz ostatni tego dnia kierowca. Przytaknęliśmy najmilej jak potrafiliśmy, podziękowaliśmy i zaczęliśmy szukać "dziczy". Miasto okazało się być miastem z krwi i kości (drugim takim po Oslo) i zdecydowanie nie widać było choćby skrawka zieleni w którym moglibyśmy się rozbić nikomu nie przeszkadzając.
Ruszyliśmy. Po kilometrze okazało się, że zaczyna zmierzchać, a kierunek w którym podążaliśmy wcale nie zapowiadał zmniejszenia zagęszczenia budynków. Było to nasze pierwsze nocowanie w mieście więc warto tu wspomnieć o niespisanym prawie skandynawskim Allemannsretten. Jest to świetna*** zasada polegająca na powszechnym dostępie do natury. Dla nas oznaczało to tyle, że wystarczyło nam znaleźć polankę oddaloną o 150m od najbliższego domu. Nawet jeśli jest to teren prywatny to na noc mamy prawo się rozbić.
Wiedzieć to jedno, znaleźć to drugie. Po przejściu jakichś 4 kilometrów udało mi się dostrzec kawałek zieleni na pagórku****. Zostaliśmy tam na noc pomimo początkowego narzekania "A", że "za blisko", "tu ludzie chodzą", "o 5 musimy wstać bo psy wyprowadzać będą". Rozbijaliśmy się już w półmroku i w miarę w ukryciu, więc nie noc nie należała do najprzyjemniejszych, ale rozbiliśmy się i mogliśmy kłaść się spać. Nie wiedząc co przyniesie jutro zasnęliśmy przy dźwiękach zbliżającej się ulewy.


* - no dobra, sprawdziłem na wiki
** - zdecydowanie tak nie powiedział, ale wydźwięk podobny
*** - jak się okazuje to prawo jest niespisane, Norwegowie tak po prostu mają
**** - w Norwegii miejsca się nie marnuje, więc nawet na stromym zboczu często spotka się cywilizację