Jak nie prowadzić bloga - studium przypadku... Tego bloga


Jest wiele rzeczy, którymi się param.
Wiele “profesji”, których się imam.
I jest wielu ludzi którymi nie jestem.
I z tych wszystkich ludzi, którymi nie jestem, a robię to co oni robią, to chyba najbardziej nie jestem blogopisarzem.


Ale zanim przejdziemy do sedna to zapraszam na nikomu niepotrzebny wstęp:


Tydzień temu miałem przyjemność prowadzić warsztaty muzyczne Puls Rytmu na Slot Art Festival 2017. Było super. Mega emocje i masa pozytywnej energii (dawałem czadu i mimo, że psychiczne baterie naładowałem, to okupiłem to zmęczeniem fizycznym). Ale SLOTowi chciałbym poświęcić osobny wpis.


Po co więc ten wstęp z festiwalem? Bo myśląc o nim właśnie zdałem sobie sprawę, że jestem beznadziejnym przypadkiem człowieka renesansu.
A wpadłem na to leżąc na hamaku.
Na bardzo wygodnym hamaku.
I wstałem żeby napisać o tym post. Doceń to.


Krótka lista rzeczy, z których powinienem pewnie wybrać maksymalnie trzy:


  • jestem chórzystą - będąc jednocześnie członkiem zarządu chóru i specjalistą ds. literackich tamże
  • aktualnie pracuję obecnie również nad  filmem promocyjnym (też dla chóru)
  • tworzę Puls Rytmu
  • próbuję rozpocząć kolejną inicjatywę muzyczną
  • gram na gitarze w zespole (a raczej grałem, bo aktualnie znajduje się on w stanie zawieszenia)
  • piszę tego bloga


No i ten ostatni punkt... Mam tego bloga, a na nim 12 nieopublikowanych wpisów.
Dlaczego?
No właśnie dlatego, że. imam się tych wszystkich zajęć i chcę pochłonąć jak najwięcej umiejętności, w jak najkrótszym czasie. Wyjątkowo parszywa cecha w XXI wieku.


Wracającdo tematu. Jak nie prowadzić bloga. Odpowiedź jest prosta. Tak jak ja:


  1. Nie pisz regularnie - ja nie potrafię. Piszę tylko wtedy kiedy przyjdzie mi coś do głowy. Kiedy coś mnie uderzy, zdenerwuje lub zachwyci.
  2. Nie kończ rozpoczętych postów - tak jak wspominałem mam 12 nieopublikowanych wpisów. Jest to poniekąd związane z poprzednim punktem. Bo piszę tylko wtedy, gdy coś się stanie. Bezpośrednio po fakcie (tak jak teraz). Później nie chce mi się wracać do rozgrzebanych tematów (no chyba, że uderzy mnie to samo po raz drugi).
  3. Zajmuj się wszystkim - ta lista wyżej nie była po to, żeby się dowartościować "O jak dużo rzeczy robię", tylko żeby przestrzec przed wielozadaniowością. Opcje są dwie, albo będziesz zaniedbywać niektóre z nich, albo będziesz nieustannie zmęczony. Ja wybrałem obie opcje.
  4. Pisz o rzeczach, które często wykraczają poza tematykę bloga - tutaj może się wydawać, że raczej nie mam tego problemu. Ale niech no tylko skończę posty z drugiego punktu...
  5. Miej mózg wizjonera - patrzę na coś i widzę pomysł. Jestem osobą bardzo kreatywną, a często niestety jest tak, że osoby kreatywne są mniej zorganizowane i mniej angażują się w proces wytwarzania niż w proces wymyślania. Idealnym rozwiązaniem dla mnie byłoby więc dyktować ten tekst komuś innemu.
  6. Skacz między tematami - cały ten wpis jest dobrym przykładem
  7. Pisz posta długo - zastanawiaj się, analizuj. Potem odłóż go na później i nie wracaj do niego nigdy więcej (z tego punktu staram się zrezygnować w tym poście, może uda mi się coś poprawić).
  8. Pisz od czasu do czasu o rzeczach, o których nie masz pojęcia...
  9. ... albo o takich, o których pisać nie masz ochoty.


Może przyjdzie mi coś jeszcze do głowy. Wtedy nie omieszkam tego dodać.
Tymczasem trzymajcie się ciepło (bo lato nie rozpieszcza).


I jak to zwykła się żegnać Ukrainka w Żabce pod moim blokiem: "Mylego"


PS. Wymyśliłem, że dobrym pomysłem jest korzystanie z opcji planowanego wysyłania posta. Jak będę miał godzinę, o której ten post zostanie zamieszczony to wtedy muszę się zmieścić w tym czasie.
Cwane, czyż nie?


PPS. Mój odwieczny dobry duch Kamila, sprawdzając posta zasugerowała żeby dać jakąś konkluzję, morał, skruchę, bo artykuł nie ma wartości. Tak więc…


10 . Pisz wpisy bez podsumowania i puenty.

Dobrej nocy

Stopem na fiordy, cz.4 - TROLLTUNGA!

Dzień piąty - 1 października
"Jedziemy"
Jeszcze trzy minutki
Wstaliśmy wcześnie rano. O szóstej czekał nas autobus, który miał nas zawieść do podnóża góry. Szybkie pakowanie, trochę stresu, trochę niepotrzebnego biegania i udało się zdążyć.
Całe szczęście, że w schronisku pozwolili nam zostawić bagaż. Bo chyba nasza podróż tam i z powrotem zajęłaby dwa razy więcej czasu.


Po jakichś dwudziestu minutach dojechaliśmy na miejsce.


"Widoki, widoki, widoki"
Tutaj nie będę się zbytnio rozpisywał jak przebiegała podróż. Każdy kto był w górach wie o co chodzi. Nie była to trudna trasa, nam wchodzenie zajęło krócej niż schodzenie. I tyle opisu wystarczy. Więc powiedzą zdjęcia.

Tutaj pragnę nadmienić, że wszystkie zdjęcia pochodzą z kolekcji mojej bądź "A". I wszelkie prawa autorskie zastrzeżone. Więc jeśli ogląda to ktoś z producentów pocztówek, to chętnie usłyszymy oferty :P
A teraz rzeczone zdjęcia:









Ten ziutek tutaj to "A"



A ten ziutek tutaj to ja




Stopem na fiordy, cz. 3 - fiordy

Dzień czwarty - 30 września
"Potop norweski"
Na przekór złym wróżbom "A", o szóstej nie przyszli żadni ludzie. Z żadnymi psami. Spełniła się jednak klątwa Bergen "Trzy dni w roku do miasta Bergen słońce wpada. Trzy dni. Nie więcej. W całą resztę pada" - tak więc zwijaliśmy obóz w pełnym deszczu.

W tymże samym deszczu błądzić poczęliśmy po mieście. Zajęło nam to trochę czasu. Deszcz nie pomagał. Z taką samą intensywnością nie pomagała mapa. Co prawda doprowadziła nas do skrzyżowania z drogą, na której mieliśmy łapać stopa, ale trochę nam to zajęło. Dowodem na uporczywość trasy niechaj będzie to, że przechodzić musieliśmy przez teren przedszkola oraz to, że kiedy doszliśmy do celu, okazało się, że nie ma tam żadnej zatoczki z której moglibyśmy skorzystać.


Stanęliśmy przed wyborem - wrócić skąd przyszliśmy i szukać miejsca do łapania stopa, którego wcześniej znaleźć nie mogliśmy, albo brnąć naprzód po opuszczonych torach kolejowych. Mapa mówiła, że po przejściu dwóch kilometrów torami czekać na nas ma stacja benzynowa, z której można wszak łapać stopa.


Przeszliśmy więcej. Stacji nie było. Szliśmy dalej, aż napotkaliśmy połączenie torów z drogą - pewnie była stacja przeładunkowa. Byliśmy znużeni już tą trasą (i przemoknięci). Ruszyliśmy na drogę i z odrobiną szczęścia udało nam się znaleźć przystanek autobusowy. Daliśmy sobie chwilę postoju na wyschnięcie.

A potem zaczął się koszmar...Deszcz nie przestawał padać, a my chcieliśmy jechać dalej. Tak więc staliśmy w deszczu i próbowaliśmy łapać stopa do Voss. I staliśmy... Trwało to około półtorej godziny. W tym czasie zatrzymywały się trzy auta:1. Jak się okazało, żeby uciąć pogawędkę telefoniczną. 2. Kobieta z dzieckiem i tylko jednym wolnym miejscem. 3. Robotnicy bez wolnych miejsc, ale chętni wziąć nas "na pakę".

Aż w końcu zatrzymał się słusznej postury jegomość z wąsem Salvadora Dali. Raczej zamożny, co z poczynionych przeze mnie obserwacji nie wpisuje się w schemat osoby podwożącej na stopa.

Okazało się jednak, że za czasów swojej młodości korzystał z tego środka transportu.
Po tym jak zdradziliśmy mu cel naszej podróży "Trolltongua" zaczął nas wypytywać o nasze buty i ubranie. Po przejściu tego "testu" wysadził nas i prosił o to, żeby mógł o nas przeczytać w gazetach za parę dni.
Pożegnaliśmy się z nim i zaczęliśmy łapać stopa na niewiele oddalonym przystanku. Deszcz ciągle padał. Nadal było zimno. Nadal nikt się nie zatrzymywał. Nadal byliśmy w Bergen.

Minęło chyba kolejne półtorej godziny. Nie liczyliśmy czasu. Ja liczyłem "Zdechniemy tu" wypowiadane przez "A". Doliczyłem się pięciu. Aż nagle...

Zjawił się ON.

Akurat wybudziłem się z drzemki (była kolej łapania stopa przez "A") i przez ledwo otwarte oczy zobaczyłem jak rozmawia z taksówkarzem. Chwilę potem macha do mnie. Jak chyba każdy na moim miejscu pomyślałem krótkim "łotdefak". Podbiegłem i okazało się coś czego nie spotyka się zbyt często...


"Cud w Bergen"

... okazało się, że pasażer chce podwieźć nas do Voss. Zmarznięci, zmęczeni i przemoczeni wsiedliśmy do taksówki. Okazało się, że pasażerowi wcale nie było po trasie - postanowił zrealizować dobry uczynek.

Jadąc, jak to podczas jazdy autostopem, nawiązała się zwyczajowa pogawędka: "skąd jesteście?", "przyjechaliście do pracy?" (często padające po odpowiedzi na pierwsze), "jak długo planujecie zostać?" i "dokąd się wybieracie?".

Po odpowiedzi na ostatnie stało się to co spotyka się... Nie. Nie spotyka się tego.
Pasażer zaproponował nam, że zawiozą nas do Oddy, czyli miejscowości oddalonej o 10km od celu naszej podróży.


Udało się nam nawet przepłynąć norweskim promem
150km od Bergen.
Taksówką.
W Norwegii.
Specjalnie dla nas.

Przyznam, było mi dość głupio przyjąć tę propozycję. Kierowca mówił, że będzie go to kosztować 10tys. koron norweskich (ok. 5tys. zł). On jednak twardo obstawał przy swoim, mówiąc, że "Jak się powie A, to trzeba powiedzieć B". Po początkowych wyrzutach sumienia, zgodziliśmy się.
Aha... Czy wspominałem, że był pijany? Okazało się, że kilka razy w roku (a może raz w roku) ma taki czas, kiedy jego żona wyjeżdża, a on sam zostaje w Bergen. Wynajmuje wtedy znajomego taksówkarza i rusza w trasę dookoła Bergen z siatką pełną alkoholu. Taka tradycja, można by rzec. Kota nie ma, myszy harcują - nasz wybawca folgował sobie troszeczkę.


A tutaj podobno widać piekno fiordu (kiedy jest pogoda)
Niczym królowie, jechaliśmy tak jakieś trzy godziny. Warto też nadmienić, że trasa którą jechaliśmy nie była najkrótsza, ale podobno była najbardziej widowiskowa. "Podobno", bo tego dnia, jak już chyba wspominałem, pogoda nie rozpieszczała - nie widać było pojedynczego fiordu...

To jednak nie był jeszcze koniec naszej oferty all inclusive, bowiem "wybawca" zaproponował nam sponsorowanie noclegu. Tak. To zdarzyło się naprawdę. Nie zmyślam.

Tutaj już nie wytrzymałem, musiałem mu powiedzieć, że to wykracza poza moje pojmowanie wszechświata... On nalegał. Ulegliśmy. Potem ulegliśmy jeszcze raz kiedy wręczał nam 500 koron "żebyśmy zjedli porządny obiad".


I nie. Nie ulegliśmy nigdzie więcej niż wymieniłem.
Dojechaliśmy do Oddy. Dostaliśmy nocleg. Podziękowaliśmy i... I na tym skończyła się nasza znajomość z "wybawcą". Trochę żałowałem, że nie poszliśmy gdzieś razem na piwo. Ale on musiał wracać, bo powoli zmierzchało, a nas czekał upragniony prysznic.

Podczas płacenia za hostel (400 koron za miejsce w schronisku) okazało się, że pieczę nad przybytkiem sprawują Polacy. Udało się nam dzięki temu wynegocjować pranie, "A" zaproponował im napitek, a ja zostałem poczęstowany świetnym ciastkiem.

Po sutym obiedzie (chyba z 3 zupki chińskie + gulasz angielski z makaronem) i wypiciu zdrowia za sponsora naszego noclegu położyliśmy się spać...
Następnego dnia w końcu czekał na nas cel naszej wyprawy...
Trolltunga

Stopem na fiordy, cz.2 - Go west

Dzień Drugi - 28 września
"Zimne poranki"
Wstaliśmy później niż planowaliśmy. Całodzienna podróż dała się we znaki, a temperatura nie zachęcała do wstawiania.
Poprzedniego dnia usłyszeliśmy od Martina, że gdzieś niedaleko znajduje się jezioro. Jak się okazało była to kolejna ściema serwowana przez owego osobnika.
Nie dałem jednak za wygraną i niczym Indiana Jones za Arką przymierza, wyruszyłem w poszukiwaniu wody. TIP#1:Pierwsza zasada obozu - rozbijaj obóz tak żeby mieć łatwy dostęp do wody pitnej, a jeśli się nie da to go w taką wodę zaopatrz. Po jakichś 15 minutach udało mi się znaleźć strumyczek. W sam raz żeby się umyć i zrobić pranie. Całe szczęście mieliśmy jeszcze trochę wody z dnia poprzedniego, bo tej wolałbym nie pić. 
Umycie się zimną wodą w zimną pogodę nie należy do najprzyjemniejszych rzeczy, ale całe szczęście jest na to sposób (nie jest to komfortowe jak prysznic, ale pozwala mimo chłodu zachować higienę). Wystarczy wykorzystać skomplikowany mechanizm gąbki na dowolnej części garderoby. Serio. Może mycie się skarpetką nie brzmi zachęcająco, ale spróbujcie tego i porównajcie z oblaniem się zimną wodą. Gąbka zdecydowanie mniej wyziębia organizm. Co więcej, sposób ten może się przydać również w przypadku kiedy nie możecie sobie pozwolić na utratę wody - podczas takiej "kąpieli" zużywa się jej o wiele mniej.

Pranie zdecydowanie miało w nosie dalsze plany, bo nie chciało wysychać. Przy takiej wilgotności powietrza nie było na to szans. Spakowałem mokre rzeczy do plecaka. "A" też zdążył się już spakować więc ruszyliśmy łapać stopa.


I tutaj niestety będę musiał kawałek opuścić, bo zupełnie nie pamiętam skąd jechaliśmy (to było już prawie dwa tygodnie temu), a google maps nie pomogło. Nie pamiętam też z jaką karteczką staliśmy na drodze... Pamiętam, że było to jakieś 40 km na północny wschód od Oslo. Nazwijmy to miejsce enigmatycznie Dziurą. Tak więc łapaliśmy stopa z Dziury i wylądowaliśmy spowrotem w norweskiej stolicy.


"Ucieczka z Oslo"
Festiwal szybkich odcinków. I to nie ze względu na prędkość... Na trasie kilkudziesieciu kilometrów zmienialiśmy auta z dziesięć razy. Hitem była para, która zdążyła się przedstawić, opowiedzieć o swojej pracy i zapytać nas o imiona, a z którą przejechaliśmy może 2-3 km. Po czym wylądowaliśmy na stacji benzynowej.
"Nie ma szans stąd złapać stopa" twierdził "A" - "Musimy się zawrócić na przystanek". Tak jak ja, nigdy nie pytał ludzi o to czy nas podwiozą. Kciuk bądź kartka wystarczały. Nic to. Sytuacja wymaga poświęceń. "A" stanął na wyjeździe ze stacji z napisem "Hønefoss", a ja niechętnie zacząłem podchodzić do ludzi z uśmiechem na ustach i pytaniem czy nie podwieźliby nas do tego miasta. Sktuteczność 50%. Udało się przy drugim aucie.
I tu warto nadmienić, że jedynymi osobami w Norwegii, które nie potrafią angielskiego to imigranci. Czy to pracownik fizyczny, czy pani na kasie, każde posługiwało się tym obcym w stopniu całkowicie komunikatywnym, a z tego większość biegle.
Po kilku godzinach i paru straconych nadziejach udało nam się wydostać z Oslo.

"Podróż donikąd"

Tutaj zaczęło być lepiej. Nasz ostatni przystanek tego dnia było oddalony o jakieś 120 km od stolicy. Dojechaliśmy dwoma autami. Pierwszym autem był jakiś ledwo żyjący samochód z dwójką Litwinów. Nie przepadali chyba za temperaturami w Norwegii bo ogrzewanie mieli chyba ustawione na maksimum. Zmogło mnie po chwili. Było tak duszno, że oczy zamykały się same. I jakkolwiek malowniczego krajobrazu nie mijaliśmy to opowiedzieć zbyt wiele o nim nie mogę. Czynię kiepskie obserwacje kiedy mam zamknięte oczy. Wysiedliśmy tuż przed Hønefoss.
Drugie auto którym jechaliśmy zatrzymało się samo. "A" był akurat za potrzebą i auto stanęło po prostu. Okazało się, że Norweg chciał sobie zrobić postój. Dowiedzieliśmy się od niego, że z rozdroża na którym staliśmy lepiej wybrać drugą trasę niż chcieliśmy, ale jeśli chcemy wybrać tę gorszą to zaprasza, bo jedzie w tym kierunku. Wybraliśmy "gorszą".
I to był dobry wybór. Okazało się, że kierowca jest przewodnikiem w tamtejszych rejonach i ma obóz w okolicy, w którym jesteśmy mile widziani. Do tej pory nie wiem jak to się stało, że odmówiliśmy. W zamian za to zabrał nas do pobliskiego miejsca pochówku pogan. I tu chłonąłem jak gąbka wodę. Ci co mnie znają, wiedzą, że jestem fanem tego jakże pomijanego w szkołach wycinku historii.
Po krótkiej opowiastce, polowaniu na kurki i najedzeniu się borówek, pojechaliśmy dalej, oddalając się od wcześniej proponowanego nam obozowiska. Kierowca powiedział, że bardzo chętnie nas podwiezie dalej, a powrót mu zajmie 10 minut. Jak powiedział tak zrobił. Wysadził nas paręnaście kilometrów dalej, gdzie po raz pierwszy spotkaliśmy skandynawską ostoję kierowców - parkingo-toaleto-miejsce piknikowe. Później na naszej drodze mijaliśmy niezliczone ilości takich "postojów". Bardzo fajny wynalazek, jedyne czego brakowało w nim do szczęścia to prysznica. Tam spędziliśmy naszą drugą noc w Norwegii.
TIP#1: hitchhiking, a hijacking - trzeba być ostrożnym przy wymowie, bo kierowcy dziwnie mogą zareagować (nasi tylko się ze mnie nabijali)

Dzień Trzeci - 29 września

"Długo, długo nic"
Pobudka w deszczu. Nic przyjemnego. Po dość długim wstawaniu, poranna toaleta i suszenie namiotów. I śniadanie, którego mimo słabej pamięci, nie zapomnę. TIP#2 Jak jedzenie ma w nazwie "turystyczna" - nie kupować. Nigdy chyba nie jadłem nic paskudniejszego. Konserwa Turystyczna z Biedronki. Silne 3 na 10. Nie polecam. Jedyny pozytyw tamtego śniadania, to że była to pierwsza nieznana mi wcześniej konserwa. Po Turystycznej wszystko smakowało jak rarytas.
Po długim śniadaniu i suszeniu ruszyliśmy na pobliski przystanek. Łapać stopa oczywiście. Oczywiście w deszczu. Wspominałem, że w Norwegii ciągle pada?
Długie nic... Te nic najlepiej odzwierciedlają chyba słowa "A": "Nie martwi mnie, że nie zatrzymują się samochody. Martwi mnie, że nie jeżdżą". Tkwiliśmy w takiej nicości przez ładne kilkadziesiąt minut.
Kiedy stanie w deszczu zaczęło nam się powoli nudzić, zaśpiewaliśmy wszystkie piosenki z bajek Disney'a (no dobra... tylko ja śpiewałem), skończyły nam się palce na których liczyliśmy przejeżdżające samochody (liczyliśmy tylko na jednej dłoni) to wtedy, w końcu zatrzymała się nasza wybawicielka.
Naszą wybawicielką okazała się być samotnie podróżującą nauczycielkę, która zawiozła nas do Fagernes. Z tej podróży jedyne co zapadło mi w pamięć to to, że owa starsza pani była nauczycielką i podwożąc nas spłacała, zaciągnięty za czasów hipisowskich, dług autostopowicza. No i że narodowe stroje norweskie noszą nazwę... Bunad*

"Norwegia w pigułce"

W Fagernes dopadło nas słońce. Można było w końcu wysuszyć rzeczy które ucierpiały podczas deszczu i nacieszyć się norweskim widokiem nieprzesłanianym przez chmury. Zgodnie z prawami Murphiego problemu ze złapaniem stopa - wtedy kiedy mogliśmy się cieszyć widokiem - nie było. Rzeczy mokre wróciły do plecaka.
Tu zatrzymał się najdłuższy, jak do tej pory, autostop - Fagernes-Bergen 330km.
Trasa długa, niespokojny pies obok, ale jechało się dość przyjemnie. Podczas tej trasy dowiedzieliśmy się, że Ci na wschodzie Norwegii to mięczaki, nie potrafiące zbyt wiele, a ich góry to pagórki zaledwie. Ogólnie rzecz biorąc dało się wyczuć, że zachodnia Norwegia gardzi nieco swoją wschodnią częścią.
W pewnym momencie wynikło z rozmowy, że dawno nie używał angielskiego. Na stwierdzenie, że jest posługuje się angielskim najlepiej z dotychczas napotkanych Norwegów rzucił coś w stylu: "Mówiłem już jak mało szacunku mam do wschodniej Norwegii?"
Zdecydowanie czuć było urazę.
Co do samej trasy. Dowiedzieliśmy się, że w Norwegii istnieje trasa zwaną "Norway in a nutshell" co z goła oznacza "Norwegię w pigułce". Dowiedzieliśmy się też tego, że gdyby był nami to wysiadłby i jechał inną trasą. Nie posłuchaliśmy - mieliśmy stopa do Bergen, więc grzechem byłoby z niego zrezygnować.
"Norway in nutshell" to trasa, jadąc którą można obejrzeć całą Norwegię - na szlaku są: niziny, wyżyny, fiordy, góry, lasy, doliny. Trzeba trochę zboczyć z głównej trasy, ale podobno warto. Warto zapamiętać na następne razy.
Jako, że podróżowaliśmy autostopem, średnio mogliśmy rozporządzać przystankami i trasą, ale i tak trafiło nam się bardzo fajnie. Po drodze mijaliśmy bowiem bardzo przyjemne dla oka widoki.
W towarzystwie pejzaży dotarliśmy do Bergen.

"Przystanek Bergen"
Bergen to miasto przedstawiające istotę zachodniego wybrzeża - z opowiadań słyszeliśmy, że w tym mieście słońce zatrzymuje się na średnio 3 dni w roku. Tym bardziej zadowolił nas fakt, że po dotarciu do niego nie padało.
"Pamiętajcie, że to jest miasto, a rozbijać się wolno tylko w dziczy. Znajdziecie na pewno jakiś hostel na który was stać"** pożegnał nas nasz ostatni tego dnia kierowca. Przytaknęliśmy najmilej jak potrafiliśmy, podziękowaliśmy i zaczęliśmy szukać "dziczy". Miasto okazało się być miastem z krwi i kości (drugim takim po Oslo) i zdecydowanie nie widać było choćby skrawka zieleni w którym moglibyśmy się rozbić nikomu nie przeszkadzając.
Ruszyliśmy. Po kilometrze okazało się, że zaczyna zmierzchać, a kierunek w którym podążaliśmy wcale nie zapowiadał zmniejszenia zagęszczenia budynków. Było to nasze pierwsze nocowanie w mieście więc warto tu wspomnieć o niespisanym prawie skandynawskim Allemannsretten. Jest to świetna*** zasada polegająca na powszechnym dostępie do natury. Dla nas oznaczało to tyle, że wystarczyło nam znaleźć polankę oddaloną o 150m od najbliższego domu. Nawet jeśli jest to teren prywatny to na noc mamy prawo się rozbić.
Wiedzieć to jedno, znaleźć to drugie. Po przejściu jakichś 4 kilometrów udało mi się dostrzec kawałek zieleni na pagórku****. Zostaliśmy tam na noc pomimo początkowego narzekania "A", że "za blisko", "tu ludzie chodzą", "o 5 musimy wstać bo psy wyprowadzać będą". Rozbijaliśmy się już w półmroku i w miarę w ukryciu, więc nie noc nie należała do najprzyjemniejszych, ale rozbiliśmy się i mogliśmy kłaść się spać. Nie wiedząc co przyniesie jutro zasnęliśmy przy dźwiękach zbliżającej się ulewy.


* - no dobra, sprawdziłem na wiki
** - zdecydowanie tak nie powiedział, ale wydźwięk podobny
*** - jak się okazuje to prawo jest niespisane, Norwegowie tak po prostu mają
**** - w Norwegii miejsca się nie marnuje, więc nawet na stromym zboczu często spotka się cywilizację

Stopem na fiordy, cz.1 - Twarde lądowanie.

Dzień Zero - 26 sierpień
"Bagaż"
Limit - 32 kg. Do zabrania - 2 plecaki pełne sprzętu i jedzenia. Dyskusje co wziąć co nie wziąć trwały do późna, ale w końcu ustalone i zważone. Mniej więcej. Komunikacja przez facebooka nie pozwala na zbyt wiele. Konserwy - zabrane. Namiot zabrany. Śpiwór jest. Waga ok. 15 kg. (nie kupujcie wag z Lidla bo 5kg odchyłki to ciut dużo). Spakowany. Jest późno. Nie wstanę wyspany.



Dzień Pierwszy - 27 sierpień
"Na północ poproszę"
Wstaję niewyspany. Biorę bagaż na plecy i do Poznania. Tam spotykamy się z "A". i jedziemy na lotnisko. Oczywiście trafiamy na autobus bez biletomatu. Więc jedziemy i liczymy na to, że ci ludzie wyglądający jak kanary, w rzeczywistości nimi nie są. Dziwna sprawa, w Poznaniu wszyscy faceci po czterdziestce wyglądają jak kanary. Na szczęście nimi nie byli. Szczęśliwie dojeżdżamy do lotniska.

Prawie tak wyglądały plecaki kiedy zdawaliśmy je odprawialiśmy
A tam... Akcja łączenia plecaków. Linka od namiotu połączona z prowizorką. Pani odprawiająca nas patrzyła dosyć osobliwie na nasz wynalazek. Ale my uśmiechaliśmy się ofensywnie. Tak bardzo, że aż poprosiła żeby nasz bagaż wlazł zupełnie innym wejściem niż bagaż zwykłych śmiertelników z komentarzem, że może trzeba będzie dopłacić. Uśmiechaliśmy się chyba wystarczająco do wszystkich bo nie dopłaciliśmy. So far so good.

Bagaż odprawiony. Kierujemy się ku bramkom. Jak dla mnie najbardziej stresująca część lotu. Zawsze się boję, że każą mi otwierać świetnie spakowany plecak. Wyjąć coś. Spakować. A na szybkości nie udaje się tak ładnie zapakować jak w domu.
Nie zatrzymali. Nie kazali przepakowywać. Uff...
Dalej lot. Lądowanie. Nic szczególnego... Lądowanie... I tu zaczyna się dziać...

"Tow. Martin"
A właściwie to Marcin, ale jako "Norweg" z Polski przedstawił się jako Martin.
Znaleźliśmy go przy wyjściu z lotniska. Spity na umór. Biedak z wesela jakiegoś wracał i zdecydowanie nie nadawał się do prowadzenia czegokolwiek. A już na pewno nie auta. Więc czatuje pod wyjściem z lotniska i szuka kogoś kto zawiezie go do Oslo.
Pyta czy mamy prawko i nie chcemy go zawieźć do Oslo (120 km autostradą z Oslo Torp na którym wylądowaliśmy). "A" na pytanie o posiadanie prawka odpowiedział krótkim "nie".
A ja...
Nigdy nie byłem w  tym kraju.
Nigdy nie prowadziłem tak dużego auta (nie jest wielkie, ale jest zdecydowanie większe niż prowadziłem dotychczas).
Nigdy nie jeździłem autostradą.
Mieliśmy jechać południowo-wschodnim wybrzeżem, a Oslo jest na północny wschód.
Największym miastem, po którym jeździłem dotychczas był Białystok...

Na szybkości odpowiedziałem więc: "czemu nie".
Pierwsze auto, które złapałem na stopa i mam nim jechać. :)

Po jakimś czasie (potrzebnym na spożycie kawy i piwa, i jeszcze z pół godzinki) ruszyliśmy w drogę. I zaczęła się Norwegia. Jadę autostradą i nagle wjeżdżam w górę. I w następną. I jeszcze jedną.
Tunele w Norwegii to coś jak u nas dziury w asfalcie. Normalna kolej rzeczy na drodze. Widoki świetne. Aż żal że musiałem prowadzić. Na szczęście "A". pstrykał miliony fotek.
120km minęło. Zaczęło się Oslo. Nie metropolia. Duże, rozwlekłe miasto, ale bez fajerwerków. Drapaczy chmur nie za wiele.
Dowód tego, że byliśmy w Oslo
Ale kierować ciężko było. Chyba z trzy razy musieliśmy się zawracać, bo nasza nie do końca trzeźwa "nawigacja" rzucała komendy dopiero na samych skrzyżowaniach.
Tak czy siak dojechaliśmy do ścisłego centrum. A tam...
Parkowanie równoległe...
Z powyższych relacji można wyczytać, że zawodowym kierowcą to nie jestem. A ostatni raz równolegle to parkowałem... Na kursie prawa jazdy?
Po paru dobrych minutach auto było zaparkowane.
Na trzy.
Z dwoma minusami.

No i zaczęło się... Martin potrzebował coś załatwić przed dalszą podróżą (okazało się, że mieszka około 40 km od Oslo). Wypłacił z bankomatu parę banknotów i poszliśmy do pobliskiego baru, w którym okazało się zostaliśmy jedynymi białymi klientami...
Dość powiedzieć, że czułem się ciut nieswojo, a interesy Martina nie zapowiadały się na do końca mieszczące się w normach prawnych. Martin całym swoim trzeźwym umysłem kupił trzy piwa. Po jednym dla każdego... Jako, że kierowcą byłem nadal, musiałem odmówić.

Martin co chwila gdzieś wychodził, a że popełniłem wielki błąd oddając mu kluczyki i zostawiając bagaże w aucie to śledziłem go z ukradka, co by nam - kolokwialnie ujmując - nie wyparował.
Potrwało to kilka godzin... O jak wielkim

błędem było oddawanie mu kluczyków...
Dość powiedzieć, że w czasie pobytu w Oslo Martin nie tylko nie zmniejszał poziomu upojenia, ale także zwiększał poziom innych substancji w organiźmie. I cyk. Na chwilę miałem zostać w barze, a "A" który to robił do tej pory znudził się i wyszedł na zewnątrz razem z Martinem. Nie ogarnął, że tego człowieka nie można spuszczać z oczu. 10 minut posiedziałem i sprawdziłem jak się ma sytuacja na zewnątrz. Martina nie było.
Zrobiłem parę rundek wokół przecznicy. Ani śladu po nim. Dość zaskakujące bo całkiem sporych gabarytów człowiek. Sześcian niemalże. Z dwumetrową krawędzią.

Wracam do "A". Robimy przegrupowanie. Jako, że ze zbyt wielu formacji wybierać nie mogliśmy to podzieliliśmy się na dwie jednoosobowe grupy. On został przy barze, a ja poszedłem czatować przy samochodzie.
Robiąc w międzyczasie parę rundek spotkałem go w towarzystwie starszego czarnoskórego mężczyzny. Opieprzyłem go i poszliśmy w kierunku baru i czekającego na nas "A".
Z małą przerwą. Usiedli na schodkach w jednej z bocznych uliczek centrum. Ciemnoskóry wyciągnął małą torebkę cukru. Taką jak w restauracji podają do kawy/herbaty. Tylko dużo mniejszą.
Do tej pory myślałem, że kokaina to sport dla bogaczy (na filmach zawsze gwiazdy rocka czy aktorzy się nią raczą), ale Martin uświadomił mnie, że wystarczy być odpowiednio pijanym...
W centrum miasta. W stolicy. Usiedli sobie na schodkach i na szybkości wciągnęli po "porcji?". Patrzyłem osłupiały, ale nic. Co miałem zrobić...
Zaskoczył mnie zupełny brak reakcji na narkotyk. Zupełnie nie zauważyłem zmiany. Może dlatego kokaina należy do najdroższych tego typu wątpliwych rozrywek.

Po chwili znalazł nas "A". Martin wstał i obiecał, że po wypije piwko i jedziemy dalej.
Obiecywał jeszcze parę razy.

Zostawiłem Martina z "A". i przeszedłem się do centrum (uliczkę dalej od całego tego zamieszania).
Posłuchałem sobie instrumentu znajdującego się gdzieś na szczycie listy instrumentów do kupienia kiedy będę już bogaty - hand drums. Posłuchałem. Wróciłem.

Martin wstał i obiecał, że po dopije piwko i jedziemy dalej.
Obiecywał jeszcze parę razy.

Jestem pod wrażeniem jak wiele piw może zmieścić człowiek. Ale cóż... Miał gdzie je wlewać.
Po jakiejś kolejnej godzinie wszedłem do środka i patrzyłem jak pije to piwo. Do końca. Nazwijmy to wywieraniem presji... Trzeba było zrobić to od razu... Ale przynajmniej w tym czasie obejrzałem trochę Oslo (baaaardzo niewiele).

Dopił to piwo pod moim czujnym okiem i poszliśmy do auta. Ile to nas nie przepraszał...
Doszliśmy do auta. Wziąłem kluczyki. I w samą porę, bo usłyszał rodzimy język. Jako całkowicie narąbany, Martin był świetnym kumplem wszystkich i już zapraszał naszych rodaków do miejsca, z którego dopiero co udało nam się uciec.

Włączyłem silnik - Miałem kluczyki więc władza była w moich rękach.
Usłyszałem siarczyste "Zgaś silnik bo Ci wpier...". Tylko na to czekałem.
Zgasiłem silnik i zawołałem, raczej w jego stronę niż w stronę "A". "Wysiadamy "A" Bierz rzeczy"
I tu był nasz. Oczywiście złagodniał jak baranek i wskoczył do auta jak dziecko któremu obieca się cukierek "jak będziesz grzeczny".

Dość powiedzieć, że nie był trzeźwiejszy niż przed wjazdem do Oslo. Jego zmysł nawigacyjny zamglił się tak, że w pewnym momencie (oczywiście już na skrzyżowaniu) rzucił "prosto". Pojechałem prosto (mój błąd). Prosto na tory tramwajowe. Po jakichś 300 metrach wróciliśmy na normalną jezdnię, ale muszę przyznać, że przez chwilę było mi ciepło.

Jakimś cudem wyjechaliśmy z Oslo.
Przez 40 minut słuchaliśmy jak jest mu przykro. Jak mu źle, że jest tak dla nas taki niedobry, że ja mogę jeździć tym jego ogórkiem, a "A". miał darmowe piwo od niego. Że jaki to on dla nas dobry. I jakimi dobrymi rzeczami nas jutro z rana powita. "Kawę? Ok, będzie kawa. I śniadanie".

Wiedząc, że Martin był już na rauszu kolejny dzień wiedzieliśmy, że żonka mu zrobi awanturę. Ale tutaj moja wersja rozmijała się z wersją "A". Ja byłem przekonany, że jak my go dowieziemy, to będzie suszenie głowy i może krzyk, ale że my dostaniemy coś od niej do zjedzenia (byliśmy całkiem głodni po całodziennej wyprawie), a może nawet i przenocujemy w domu (przewieźliśmy go w końcu 160km i chyba coś się nam należy)
Wersja "A" przewidywała tylko suszenie głowy i krzyk - więc był nacisk na nie odwożenie go.

Słusznie czy nie, padło na wersję "A". Wysiedliśmy na skrzyżowaniu, gdzie później się rozbiliśmy, po czym Martin nas pożegnał i jeszcze raz zapewnił o kawie i śniadaniu. Wsiadł do auta (podobno mieszkał kilka metrów dalej) i pojechał.
Więcej go nie widzieliśmy.
Nasz pierwszy "norweski" obóz

Puls Rytmu - czyli Wyspa Słodowa Perkusyjna

Trochę się ostatnio zrobiłem zabiegany, dlatego też posty pojawiają się tu tak często...
Jak grzyby po deszczu.
Z tym, że bez deszczu, podczas suszy i to na pustyni.

Wszystko zasługa inicjatyw, których się ostatnimi czasy podejmuję i nie mam kiedy pisać...
Inna sprawa, że niewiele ostatnimi czasy udało mi się wprowadzić anty-prokrastynacyjnych poprawek w moim życiu. A o tym zwykłem pisać przecież tutaj.

Jak wyżej napisałem - inicjatywy. Oddolnych inicjatyw we Wrocławiu nie brakuje. Odgórnych też. Wystarczy poszukać. I brać udział. I tu wkraczam ja :)

Pewnego wieczoru znajomy celebrował swe urodziny przy grillu. Takim zwykłym. Metalowym. Z biedronki za 30 zł. No i zostałem zaproszony. No i został zaproszony jeszcze nikomu nieznany człowiek. I on miał bęben ręczny i janczary. Po jakimś czasie zrobiliśmy z tego świetny użytek i naszym uszom ukazała się muzyka. Ludowa, improwizowana, prosto z serca. 
Następnego dnia na allegro poszło zamówienie: bęben ręczny, klekotkę, marakasy, klawesy i janczary.
Do tych instrumentów doszła ostatnio drumla.

Kupiłem do tego jeszcze pochodnię i byłem już gotowy nieść muzykę. :)

Zaczęło się to wczoraj około godziny 21, w miejscu na poły wyjętym spod jurysdykcji władz Wrocławskich. Na Wyspie Słodowej.
Spotkałem dwójkę znajomych do których pozwoliłem sobie dosiąść (Magda, Maciek, dzięki, że mnie nie przepędziliście). Po chwili doszli kolejni ludzie. Po kilku chwilach zaczęliśmy coś tworzyć. I o ile nie było problemu z rytmem i wykorzystaniem wszelkich instrumentów, o tyle sił w wokalizie próbowałem tylko ja. Czasami dołączały się pojedyncze głosy, jednak prawdziwa siła tego przedsięwzięcia ukazuje się kiedy parę głosów śpiewa unisono.

Czas mijał miło. A w pewnym momencie pojawili się oni. Paweł i Sandra z ekipą. Nie znaliśmy się wcześniej, ale podeszli do nas i Paweł zaczął swoje capoeira'owe wygibasy. Na prawdę fajnie to wyglądało. I znów. Czas mijał miło.

Sandra, która cały czas mówiła, ze wokal nie jest jej mocną stroną, dała się w końcu przekonać na parę wokaliz. Świetne brzmienie. Później doszedł jeszcze Paweł i stworzyliśmy całkiem zacny chórek.
Minęło parę minut i Sandra zarzuciła utworem Lazare (moje ulubione wykonanie tutaj). Utwór dla mnie wielce urokliwy. Zdziwiło mnie, że ktoś to zna poza mną. Odpowiedź na pytanie skąd, była jedna - Wiedźmin 3. (Jestem hipsterem - znałem to zanim to było modne)

Pograliśmy/pośpiewaliśmy jeszcze parę chwil i w pewnym momencie trzask pękającego naciągu obwieścił ze smutkiem, że czas się zbierać. Wymieniliśmy uprzejmości. Podziękowaliśmy sobie wzajemnie i poszliśmy w swoje strony. Żałuję tylko strasznie, że nikt nie robił zdjęć. Ale będzie jeszcze niejedna okazja.

Postaram się, żeby okazja ku temu miała miejsce jeszcze w tym miesiącu. Gdzieś pomiędzy SLOTem a WOODSTOCKiem. :)

Jak smakuje FeTA, czyli 16. Festiwal ewentualnych Talentów Aktorskich


Tym razem nieco z innej beczki. Wrażenia z zażycia "fety".
Jest to pierwsza recenzja(relacja?) tutaj, ale nie ostatnia. Na celowniku znalazły się już inne wrocławskie wydarzenia. Wrocławskie, bo tu mieszkam, ale nie zapomnę podzielić się wrażeniami i z innych rejonów Polski, kiedy tylko będę miał okazję.

Co ten temat ma do produktywności? Ano czas spędzony tam spędziłem produktywnie. :)
A tak na poważnie to pomyślałem, że warto reklamować takie wydarzenia jak to. A dlaczego nie zrobić tego na blogu? "Mój blog, mogę robić co zechcę".

Przechodząc do wyjaśnień. FeTA jest... dokładnie tym, co kryje się pod rozwinięciem akronimu.
Jest to czterodniowe uczta skierowana do amatorów teatru.
Zaryzykuję stwierdzenie, że głównym punktem programu jest towarzyszący "fecie" konkurs monodramów, w którym młodzi adepci aktorstwa (do 25 lat) rywalizują ze sobą o miano tego najlepszego, zwieńczając tym samym tygodnie żmudnych przygotowań. Jak na razie widziałem tylko jeden konkursowy i wiem, że będę na finale (19.04.2015 12.00-14.00), gdzie będą prezentowane te najlepsze.

Jednak FeTA to nie tylko konkurs, ale także formy towarzyszące:
Wernisaż wystawy "Wrocławski Plakat Teatralny", warsztaty teatralne z wrocławskimi aktorami - Aldoną Struzik i Józefem Markockim, oraz spektakl towarzyszący - "Wraki" z Jackiem Poniedziałkiem w roli... to monodramat, więc nie wiem czy wyrażenie "główna" jest odpowiednie.

Jako były członek licealnego teatru, podjąłem wyzwanie: zgłosiłem się na warsztaty. Z listy rezerwowej (decydowała kolejność zgłoszeń), ale dostałem się - wybrałem zajęcia z panią Aldoną.

Nie będę się tu rozpisywał jak wyglądały warsztaty, bo nie to mam na celu, ale streszczając: przeszliśmy przez ćwiczenia rytmiki, dykcji, przepony i koncentracji, zmierzyliśmy się z improwizacjami, obejrzeliśmy przygotowane przez część "warsztatowiczów" etiudy, a przede wszystkim wysłuchaliśmy krytyki. Spostrzegawczość prowadzącej nie zawiodła. Wiele razy po obejrzeniu etiudy, miałem wrażenie, że wszystko poszło ok, czasem coś mi przeszkadzało, ale uwagi pani Aldony trafiały w sedno. I dopiero one uświadamiały o popełnianych błędach.
Warsztaty zdecydowanie na plus.
Cieszę się, że wziąłem w nich udział i będę je miło wspominał.

Jak będę wspominał całą "fetę"? To okaże się po jutrzejszym dniu, ale mam dobre przeczucia.
Czuję też, że jeszcze nie raz spotkam się z Centrum Kultury AGORA, która jest organizatorem tego wydarzenia (i masy innych).

Tylko jeden minus.
Dlaczego dowiedziałem się o tym dopiero w tym roku?!

UPDATE:
Niestety, w wyniku mniej lub bardziej losowych czynników nie mogę dziś się tam pojawić (19.04.2015), co mnie smuci niezmiernie. Tak czy inaczej gorąco polecam zainteresowanie się tym co robi AGORA. I brać udział, bo warto.

linki:
wydarzenie na facebooku
AGORA na facebooku
AGORA w internecie